***

nadszedł czas by
zrobić porządek
w szafie
serca
posplatać kolory nici
w czerwień
utkać z nich dywan
ułożyć przed drzwiami
duszy
pozmiatać okruchy
wspomnień
zdjęcia pochować
w szufladki
zakamarki obietnic
wspomnienia zamknąć w zieleni
butelek
ustawić na półkach
losu
marzenia zaliczyć do
spełnionych
i oczekiwanych na przyjście
nadszedł czas by
niechciane uczucia powiązać sznurem
wpakować w czarne
worki
oznaczyć
numerkiem z imieniem
i wystawić poza komory
serca
nadszedł czas by
miłość ubrać w purpurę
związać zaufaniem
i żyć…

//Sylwestrowa noc, 2004/2005

***

jesteś
szeptem księżyca
cichym westchnieniem nocy
nutką melodii gwizdanej przez wiatr

jestem
kroplą wody w oceanie myśli
bezkresnym krzykiem
ziarnkiem piasku na pustyni dusz

jestem?
wśród krótkich spojrzeń
biegu za wiecznością
wśród słów rzucanych w przelocie
gubię się
tonie mój świat
to nie mój świat

//Radom, 2004

Żebyś wiedział.

W czterech ścianach własnego ja
buduję nowe lokum
na nową drogę życia
bez Ciebie.

Samotność staje się namacalna -
czuję jej zapach
i to, że zbliża się, coraz szybciej
i coraz boleśniej zaciska na szyi.

Łzy już nie parzą w policzek,
ani nie łaskoczą bosych stóp,
a krople deszczu nie przynoszą upragnionej ulgi.

Twoja nieobecność przybija mnie ostatnim gwoździem
Do krzyża niespełnionej miłości.

//Poznań, 21.05.07

***

jestem
niczym wycięta z papieru lalka
z przywiązanymi do kończyn nićmi
udającymi mięśnie
z wyciętymi ustami
zapiętymi agrafką mowy
kompletnie-niekompletna
daleka od miłości jednocześnie
w niej skąpana
odziana płaszczem nocy
i biała
jak skrzydła motyla
sterowana ważka
nie znająca swojego miejsca
pośród miejskiej dżungli
osamotniona przez autora farsy
w której odgrywam główną rolę
(należą mi się oklaski,
czyż nie?)
zbieram nagrody za oszustwo
pierwsze miejsce w kategorii:
aktorka
najwyższy czas zakończyć karierę
opuścić scenę choć czuję
się na niej jak
ryba
w
wodzie
przykro mi, naprawdę
ale jestem zmęczona tymi
wystąpieniami
chcę odpocząć na starość
(gdzie ta kurtyna…)

//Radom, Pierwsze napisane coś, paradoksalnie

K.

zamykam oczy chcąc widzieć Ciebie jak najdłużej
zatrzymać obraz Twojej twarzy, póki
nie rozmyją go łzy
zamykam
usta by móc
jak najdłużej
rozpamiętywać Twój pocałunek
by czuć łzę drżącą na Twej wardze
stawiającej pierwsze kroki na drodze do szczęścia

//Radom, 2003

1.

Nie chełpię się, wcale.

Po prostu wiem, że zasługuję na Kogoś.

***

niewiele myśląc
schodziłam wciąż w dół
stromymi ścieżkami pamięci
mijając kamienie
obrosłe mchem myśli
aż doszłam do rzeki
w którą wciąż padały
nieba łzy
moje łzy
i znalazłam - miejsce
w którym tylko sto siedem kroków
dzieli mnie od śmierci

//12.10.2004 Radom

***

Rodzą się w mej głowie
biegną po łące dłoni
nagie, bose, nieuczesane, niedościginione
pełne nienawiści i pogardy
rzucające jabłka, boginie
nie zwracające uwagi na najprostsze gesty
nie dotknięte słowami
nie przeglądają się w lustrze mych oczu
bo i po co
skoro ich nie widać

może nie pofruną
ptaki czarno - białe
moje
nienakarmione
myśli

//Sierpień, 2005 Jedlnia Letnisko

- Z oddali -

Z oddali świat wygląda inaczej.

Możesz spojrzeć przez mgłę i widzieć.
Zatkać uszy i słyszeć.
Unieść się ponad i nie spaść.

Możesz przekroczyć i wrócić.
Być twórcą i tworem swojej chorej wyobraźni.
Pisać scenariusz i być aktorem.

Możesz spłonąć i odrodzić się.
Być deszczem i zmoknąć.
Kochać i być kochanym.

Tylko najpierw naucz się, jak być.

//12.05.2007 Poznań

Pytanie egzystencjonalne: czy deszcz moknie?

***

Patrzę na Ciebie ukradkiem,
by nikt nie zabrał mych spojrzeń
nie zdeptał, nie wyrzucił przez ramię.

Uśmiecham się przez łzy,
gdy cień pada na Twoją twarz
tak bliską i tak spokojną.

Cofam dłoń, gdy Twoja ręka dotknie jej przypadkiem,
zagłuszam grzeszne myśli
nim cokolwiek powiedzą.

Przełykam Twoją obecność,
choć słowa zdążyły się już rozgościć.

Mimo, że jestem
pozostajesz nierealny
wciąż nierzeczywisty
jak
postać z bajki dla niemądrych dzieci

//12.05.2007 Poznań

* Jestem samobójcą, ale wybrednym *

Chcę…

utonąć w strugach deszczu,
zgasnąć jak świeczka, czy pijany statek.

Lub…

spłonąć w chmurze ognia,
stlić się jak kawałek drewna, czy papier nietrwały
w rękach kulawego Boga.

Po czym…

odrodzić się jak Feniks
z garstki ludzkiego popiołu.

A może…

upaść jak róża targana wiatrem
lub mrozem przebrzmiała jabłoń w ogrodzie,
wypłynąć jak śnięta ryba wśród
rynsztokowej powodzi.

Jednocześnie…

proszę niebo zasnute gwiazdami
by skamieniało na mych wargach,
gdy garbaty starzec zatrzyma wskazówki.

A jednak…

boję się spojrzeć w dół, stojąc nad głupią przepaścią.

- ROZGRYWKA -

„ROZGRYWKA”

Siedział w kącie celi. O tym, że jest noc wiedział tylko dlatego, że wokół biegał samotny szczur, ten sam, który co wieczór wychodził, by zabrać resztki więziennego chleba. Jego jedyny towarzysz wegetacji. Mało atrakcyjny, ale lepszy niż żaden.

- Szkoda, że ty nie umiesz mówić – westchnął.

By lepiej przyjrzeć się zwierzęciu, bacznie wypatrującemu okruchów, oparł się plecami o ścianę. Była wilgotna i śmierdziała stęchlizną.

- To chyba jesień – pomyślał.

Która z kolei nie wiedział. Stracił poczucie rzeczywistości tuż po pierwszym Bożym Narodzeniu, które spędzał ze znanym sobie szczurem. Ten zaś traktował go jedynie jako jadłodajnię. Najbardziej darmową ze wszystkich. Z powodu braku pojęcia o innym świecie, nie przyszło mu do głowy, aby nawiązać jakikolwiek kontakt z tym człowiekiem. Dawał jeść, to wystarczy. Chyba tyle mu się należało, prawda?

Szczur najadł się i wrócił do siebie. Więzień został, sam na sam ze swoją wyobraźnią, bez możliwości zamiany jej na kogokolwiek innego. Zamknięty ze swoimi wspomnieniami, lękami, strachami. Choć te ostatnie nauczył się eliminować. Musiał, w przeciwnym razie mógłby już nie żyć. Miał tylko nadzieję, że jeszcze nie zwariował. I to była jedyna, której się trzymał. O tym, że zobaczy jeszcze Słońce i dotknie trawy mokrej od rosy, zdążył już zapomnieć. Biedny, gdyby był z nim ktoś, dawno już dowiedziałby się, że z głową ma coś nie tak. W końcu jak długo można zachować rozum, przesiadując 3 lata w ciemnej, zgniłej celi, z jednym tylko szczurem..?

Odkąd dano mu szare, dresowe spodnie i czarną koszulkę, która nie wypłowiała tylko dlatego, że nie wpadały tu promienie Słońca, nie widział nawet strażnika. Przynajmniej miał w swej komnacie osamotnienia coś na kształt miednicy i kran z cieknącą wodą. Kiedy nie zużywał jej przez 2 dni, dało się nawet umyć. Nie były to luksusy, ale zawsze jakieś otarcie o rzeczywistość. Brakowało mu roślin, toteż z zaciekawieniem przyglądał się jak pleśń wpełza na sufit przybierając monstrualne rozmiary i układając się w różnorodne kształty.

Pewnego dnia znalazł nawet szczelinę, tuż pod zamurowanym oknem. Czasem, na przeciwległej ścianie widział feerię barw zachodzącego Słońca. Wyglądanie przez nią było jednak zbyt kosztowne – aby znalazła się na wysokości oczu musiał ustawić misę do góry nogami, co pozbawiało go wody. Spróbował tylko raz. Był tak podekscytowany, że zapomniał kontrolować czas. Tuż po przebudzeniu ochlapał twarz wodą, obrócił miednicę i ujrzał… atrament nocnego nieba. Był przeraźliwie zawiedziony, na tyle, by nie podjąć ryzyka ponownie.

Coraz częściej zapadał w sen, coraz rzadziej się mył. Raz nawet przelał naczynie, a woda rozlała się po kamiennej podłodze, co szczególnie go nie zasmuciło. Szczur miał więcej chleba dla siebie, gdyż straciwszy wszelką nadzieję więzień przegrywał właśnie ostatnią partię swojego życia. Leżąc na zimnej posadzce nie zwracał już uwagi na twory wyobraźni, na majaki, jakie go nawiedzały. Wiedział, że to tylko sny i, że nic nie jest w stanie sprawić, by stały się rzeczywistością. Postacie jakie pojawiały się tylko niepotrzebnie go drażniły.

- Gdyby to jeszcze byli ludzie, walczyłbym…- pomyślał, albo zdawało mu się, że myśli.

W jednym ze swoich widzeń ujrzał maleńką postać, tak małą, że ledwo zmieściłaby się…

Wstał. Zobaczył, że to ma skrzydełka i miedziane włosy. Bose stopy zamigotały w powietrzu. Zdawało mu się, że coś powiedziało.

- Powtórz – poprosił, ale odpowiedziała mu jedynie cisza.

Miedziane włosy zniknęły. Zaczął gwałtownie bić powietrze w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą było to, czymkolwiek było. Niezdarnie wymachując rękami, wycieńczony padł na ziemię.

I wtedy wyczuł czyjąś minimalną obecność. Zacisnął pięść. Poczuł leciutkie uderzenie, przypominające bicie serca. Ścisnął mocniej. Otworzył oczy. Zobaczył, jak gęstą strużką po bosych stopach ścieka krew. Bał się rozprostować palce. Panicznie przerażało go to, co zrobił. Uświadomił sobie, że właśnie zabił swoją wiarę, tę ostatnią iskierkę nadziei. Resztkami sił pomyślał, że ludzie są w błędzie mówiąc, że nadzieja ma kolor zielony. I pożałował, że tak łatwo się poddał. Krew kapała mu z dłoni, z oczu zaś ściekały łzy. Jego serce nie wytrzymało ostatecznego wzruszenia.

Dzień później, daleko stąd, zapadł wyrok. Miał zostać wypuszczony na wolność.

Strażnik, wszedłszy do celi, ujrzał jedynie zbryzgane krwią ciało 40- letniego mężczyzny. Uśmiechniętego mężczyzny. Ze zgniecionym szczurem w dłoni…

 

//Maj 2006 Radom

- Czas -

rano
łapię go garściami
zaciskam pięści, by nie uciekł

niewidzialny
dotyka mnie lekko, jak podmuch wiatru kwiaty w ogrodzie

skrzy się na słońcu
czekając, aż zauważę kolejne ziarenko piasku

niecierpliwy
wymyka się przez palce

a przecież nie mogę go dogonić

skazana na teraźniejszość

//12.05.2007 Poznań

- Hominem te memento -

ludzką rzeczą jest błądzić
trwać w błędzie jest grzechem
ludzkim, a jakże
zbrodnią jest wiara-
zabija rozum
i gubi wolna wolę
nadzieja jest zbrodnią, także-
bezlitosny złodziej kradnący marzenia
a miłość?
jest błaznem-
drwi z nas
śmieje się do rozpuku,
jedynie biednym głupcem,
którego czaszka dalej nie zna odpowiedzi

//12.10.2004 Radom

- Władca -

Narzucili płaszcz na ramiona
I włożyli koronę.
Zapomnieli, że cierniowa.

Wcisnęli do ręki berło
I posadzili na tronie.
Zapomnieli, że drewniany.

Przywołali błazna
I klejnoty sypnęli pod nogi.
Zapomnieli, że to mowa jest srebrem.

Oddali hołd, śpiewając
I odeszli.
Zapomnieli, że człowiek.

//26.04.2005 Radom

- Nie istnienie -

bezsilność
ma dwie nogi
dlatego nie spada jak kot
na cztery łapy

bezsilność
ma dwie ręce
wypełnione do granic
niemożliwością

bezsilność?
ma cały worek
bezradności
i dlatego
nie umie
poradzić sobie
z własnym
życiem

//26.08.2004 Jedlnia Letnisko

Pasażer Na Gapę

W nie-swoim pociągu
i nie w swoim przedziale
na nie-swoim miejscu
przy nie-swoim oknie
siedzi wsłuchana
w tętent nie-swoich żył
i wpatrzona w pusty krajobraz
nie-swojej przestrzeni.
W kieszeni ma zmięty bilet-
nie-swój i tylko w jedną stronę
a w ręce bagaż pełen doświadczeń.
Podąża za nie-swoim wzrokiem
w kierunku nie-znanego Słońca,
lecz widzi jedynie odrapany szyld
krzyczący bezgłośnie “Stacja Dwunasta”,
po czym wysiada.
Na nie-swoim peronie