Niedoceniany członek.

Ci, którzy patrząc na tytuł notki, myślą, że będzie zawierała jakiekolwiek rozważania na temat męskiego członka zwanego penisem, mogą odejść od monitora. Albowiem, sklecę tu kilka zdań o męskim członku, ale składającym się z elementów wielu, nie tylko z męskiego członka zwanego penisem. Będzie to męski członek Najlepszego Zespołu Na Świecie (oczywiście, to tylko moja opinia, z którą możecie się nie zgadzać, albo i zgadzać, w zależności od tego, kim jesteście).  Będzie tu mowa o nieżyjącym już, Sydzie.

Syd Barrett współpracował z zespołem Pink Floyd, jeszcze zanim zespół przybrał ostateczną nazwę. Barrett był twórcą większości wczesnego materiału zespołu. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie rosnąca popularność, która niestety przyniosła ze sobą negatywne skutki sławy - presja, załamanie psychiki, narkotyki, niesubordynacja. Tuż po tym, trzeba było pomyśleć o wylaniu go z grupy, i może dobrze się stało, bo odkryto wszechtalenta Gilmoura. Ale wracając do Syda - zajął się solowymi albumami. Solowe kariery robili także Waters i Gilmour. O nich było i jest głośno,koncertują, nagrywają, całkiem niedawno, pierwszy z nich był w Polsce ze swoją operą - Ca Ira ( 25 sierpnia 2006 w Poznaniu) - a drugi dał koncert (26 sierpnia 2006 artysta wystąpił na terenie Stoczni Gdańskiej); operę udało mi się widzieć w telewizji, koncertu posłuchać w radiowej Trójce, o ile się nie mylę.  W tym samym roku, 7 lipca zmarł Syd Barrett.

Dlaczego mówię, że jest niedoceniany? Ano właśnie dlatego.
Będąc pod ogromnym wpływem ich Muzyki ostatnimi czasy, zastanawiam się, którą piosenkę czy płytę wybrać na ulubioną. I kurde nie wiem, wybór jest z byt wielki, piosenki zbyt genialne.
Utwory Syda pozostają w cieniu jego dwóch kolegów. Przesłuchując je, dochodzę do wniosku, że w indywidualnym starciu Gigantów, właśnie pan Waters jest na końcu! /Wywyższając The Wall, mam wrażenie, że innymi solowymi kawałkami nieco się podłożył, sam pod siebie./ Zdecydowanie przebijają go David i Syd. Ale tych dwóch już porównać się nie da. Muzyka jest zupełnie inna. Syd jest leciutki, czasem skoczny, słychać tam
stare Floydowskie granie. Proste dźwięki, a tyle radości. David jest pełen melancholii, jego gitara zdaje się śpiewać wraz z nim. Głęboki głos oddaje
wszelkie barwy emocji. Teksty są urocze, metaforyczne nieco, bardziej plastyczne i obrazowe.

Obaj wypadają w tym porównaniu podobnie wysoko. Dlaczego więc Gilmoura znamy, a o
Sydzie niewiele wiemy? Czas to zmienić, i sięgnąć po kawałki Syda (jeden z tekstów w poprzedniej notce).

**
Shine On You Crazy Diamond!

Ale to tylko moja opinia jest. Swoją możecie wyrazić poniżej.