Mro Iło.

Mro iło pcheneł mange kaj tut kamaf
Pchen jek ław me man tutyr na ładziaw.


Pomarańcze i Mandarynki

Okrągłe i słoneczne. Żółto-pomarańczowe. Cytrusowe. I niewątpliwie świąteczne.

Czasem coś jest tak mocno osadzone w tradycji i zwyczaju, że nie sposób o tym zapomnieć. Pomimo, że w święta pamiętamy o choince, o prezentach, opłatku, dodatkowym nakryciu i masie innych obowiązkowych elementów, słowo daję, nie wyobrażam sobie, żeby zabrakło mi zapachu pomarańczy. Już na kilka dni przed świętami objadamy się mandarynkami, które tylko wtedy specyficznie smakują. Są takie wyczekane cały rok, jak sam śnieg, jak drzewko i rodzinne spotkanie wokół.

Pomarańcze, mimo, że czasem kwaśne do wykrzywienia twarzy, to i tak smakują nieprzeciętnie w wigilię.

Mimo, że są słodsze rzeczy na stole, to pomiędzy musi stać miska pomarańczy i osobna mandarynek.

Mimo, że znajdujemy pod choinką superekstrakulwypaśne prezenty, to i tak największą radość sprawiają pomarańcze i mandarynki od Babci, z własnoręcznie wypisaną karteczką, dla którego z nas jest ten przydział.

Mają swoją niewyobrażalną wartość, choć teraz spokojnie można sobie na nie nie pozwolić. Może to przez te opowiastki, o dzieleniu jednej pomarańczy na piątkę dzieci, bo na więcej nie można sobie było pozwolić (pomarańczy, nie dzieci, choć z tym pewnie też byłoby ciężko). Może przez to, że dzięki nim jesteśmy sobie równi, w ten jeden wieczór, nikt nie ma więcej od innych. Może przez to, że są moją małą tradycją, punktem zaczepienia, czymś, na co czekam od wigilii do wigilii, co wspominam od dzieciństwa, do dorosłości. Najcenniejszym prezentem tego wieczoru, czymś, czego wartości nie da się wyrazić żadnym pieniądzem, ani zastąpić złotem, czy czymkolwiek innym.

Czymś tak nierozerwalnie związanym ze świętami, że będące osobnym świętem.

Amen.

PS: Nie starajcie się zrozumieć.