Pewna obawa…

“Budzimy się o świcie. Jak na granicy życia i śmierci. Czekamy leżąc, aż za oknem stworzy się świat. Czasem czujemy niewytłumaczalny lęk - że się nie stworzy. Że ptaki się już nie odezwą. Że słońce już nie wzejdzie.

Ale przecież wschodzi.

I zaczyna się nowy dzień, kolejny dzień naszego życia.”

[Anna Janko, 'Dziewczyna z zapałkami']

 

 Poczyniłam pewne odkrycie, czytając ten fragment dziś w pociągu. Mianowicie: to jest właśnie dokładnie to, czego i ja się boję. To nie są żadne emo-fobie. Nie chcę ciąć tego życia, choć czasem niefizycznie boli. Boję się zasypiać, mówiłam nie raz. Bo nie wiem, czy się obudzę. Nie wiem, czy wciąż ktoś będzie za mną czekał. Boję się wpadać w sen, bo
nie jestem pewna, czy z niego wyjdę.

Nieraz jest to dość męczące, i wyczerpujące psychicznie. Leżę w łóżku, próbuję zasnąć, ale
każde zamknięcie oczu powoduje natłok myśli, ` a co jeśli, a gdyby, a dlaczego, a może..?`
I wtedy szybkie szarpnięcie powiek. Koniec snu, choćby na chwilę. Boję się. To jest jak
piorun. Szybki błysk-otwarcie oczu-uderzenie-świadomość.
Obawa. Fobia? Strach, przed nieznanym. Lęk, jakiś prapierwotny, albo wręcz dopiero co zrodzony. W mojej głowie, z moich myśli, z mojej niewiedzy. Jestem matką tego bólu,
który sama karmię. Nie rozumiem, nie ogarniam. I cholernie obawiam się tego, co się stanie.
Normalna kolej rzeczy, nienormalne pojmowanie.

Notka czysto refleksyjna, nie nakręcająca na doła. Po prostu jedna z myśli. Moich.
Paranoi.
Ot tak, póki cytat mam przed sobą.

`Lubię, gdy mnie całujesz…`

”- Dobrze więc - powiedział łagodniej - odpowiedz, czy lubisz, gdy cię całuję “byle jak”?

- Och! - zawołał paź (..) - lubię, gdy mnie całujesz “byle jak”! Ale nie nazywam tego tak lekceważąco. Wszystkie pocałunki można opowiedzieć przez kwiaty…

Są długie, nagie, bladożółte tulipany: przynoszą obietnicę ocieplenia. Są żonkile i narcyzy, proste, bezlistne, z płomykiem pośrodku, te zapowiadają przyjemną niespodziankę. Są fioletowe bzy, ciężkie, wilgotne, pachnące szaleństwem, którego tak bardzo się boimy… I róże, dumne, ale pełnie niepojętych tajemnic i tęsknot nie wiadomo za czym… Pożąda się ich najbardziej, chociaż tak bliskie są bólu, który zadają kolce.

Pocałunki, które nazywasz “byle jakimi”, to po prostu stokrotki i koniczynki, zrywane na spacerze nie po to, by je zabrać do wazonu, ale by wsunąć je w dziurkę od guzika.

A co myślisz, panie, o szalonych bzach?”

Lubię, gdy mnie całujesz. To za mało.

**

`Nie dręcz mnie, błagam, pocałuj…`

[Anna Janko, "Dziewczyna z zapałkami"]

- ROZGRYWKA -

„ROZGRYWKA”

Siedział w kącie celi. O tym, że jest noc wiedział tylko dlatego, że wokół biegał samotny szczur, ten sam, który co wieczór wychodził, by zabrać resztki więziennego chleba. Jego jedyny towarzysz wegetacji. Mało atrakcyjny, ale lepszy niż żaden.

- Szkoda, że ty nie umiesz mówić – westchnął.

By lepiej przyjrzeć się zwierzęciu, bacznie wypatrującemu okruchów, oparł się plecami o ścianę. Była wilgotna i śmierdziała stęchlizną.

- To chyba jesień – pomyślał.

Która z kolei nie wiedział. Stracił poczucie rzeczywistości tuż po pierwszym Bożym Narodzeniu, które spędzał ze znanym sobie szczurem. Ten zaś traktował go jedynie jako jadłodajnię. Najbardziej darmową ze wszystkich. Z powodu braku pojęcia o innym świecie, nie przyszło mu do głowy, aby nawiązać jakikolwiek kontakt z tym człowiekiem. Dawał jeść, to wystarczy. Chyba tyle mu się należało, prawda?

Szczur najadł się i wrócił do siebie. Więzień został, sam na sam ze swoją wyobraźnią, bez możliwości zamiany jej na kogokolwiek innego. Zamknięty ze swoimi wspomnieniami, lękami, strachami. Choć te ostatnie nauczył się eliminować. Musiał, w przeciwnym razie mógłby już nie żyć. Miał tylko nadzieję, że jeszcze nie zwariował. I to była jedyna, której się trzymał. O tym, że zobaczy jeszcze Słońce i dotknie trawy mokrej od rosy, zdążył już zapomnieć. Biedny, gdyby był z nim ktoś, dawno już dowiedziałby się, że z głową ma coś nie tak. W końcu jak długo można zachować rozum, przesiadując 3 lata w ciemnej, zgniłej celi, z jednym tylko szczurem..?

Odkąd dano mu szare, dresowe spodnie i czarną koszulkę, która nie wypłowiała tylko dlatego, że nie wpadały tu promienie Słońca, nie widział nawet strażnika. Przynajmniej miał w swej komnacie osamotnienia coś na kształt miednicy i kran z cieknącą wodą. Kiedy nie zużywał jej przez 2 dni, dało się nawet umyć. Nie były to luksusy, ale zawsze jakieś otarcie o rzeczywistość. Brakowało mu roślin, toteż z zaciekawieniem przyglądał się jak pleśń wpełza na sufit przybierając monstrualne rozmiary i układając się w różnorodne kształty.

Pewnego dnia znalazł nawet szczelinę, tuż pod zamurowanym oknem. Czasem, na przeciwległej ścianie widział feerię barw zachodzącego Słońca. Wyglądanie przez nią było jednak zbyt kosztowne – aby znalazła się na wysokości oczu musiał ustawić misę do góry nogami, co pozbawiało go wody. Spróbował tylko raz. Był tak podekscytowany, że zapomniał kontrolować czas. Tuż po przebudzeniu ochlapał twarz wodą, obrócił miednicę i ujrzał… atrament nocnego nieba. Był przeraźliwie zawiedziony, na tyle, by nie podjąć ryzyka ponownie.

Coraz częściej zapadał w sen, coraz rzadziej się mył. Raz nawet przelał naczynie, a woda rozlała się po kamiennej podłodze, co szczególnie go nie zasmuciło. Szczur miał więcej chleba dla siebie, gdyż straciwszy wszelką nadzieję więzień przegrywał właśnie ostatnią partię swojego życia. Leżąc na zimnej posadzce nie zwracał już uwagi na twory wyobraźni, na majaki, jakie go nawiedzały. Wiedział, że to tylko sny i, że nic nie jest w stanie sprawić, by stały się rzeczywistością. Postacie jakie pojawiały się tylko niepotrzebnie go drażniły.

- Gdyby to jeszcze byli ludzie, walczyłbym…- pomyślał, albo zdawało mu się, że myśli.

W jednym ze swoich widzeń ujrzał maleńką postać, tak małą, że ledwo zmieściłaby się…

Wstał. Zobaczył, że to ma skrzydełka i miedziane włosy. Bose stopy zamigotały w powietrzu. Zdawało mu się, że coś powiedziało.

- Powtórz – poprosił, ale odpowiedziała mu jedynie cisza.

Miedziane włosy zniknęły. Zaczął gwałtownie bić powietrze w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą było to, czymkolwiek było. Niezdarnie wymachując rękami, wycieńczony padł na ziemię.

I wtedy wyczuł czyjąś minimalną obecność. Zacisnął pięść. Poczuł leciutkie uderzenie, przypominające bicie serca. Ścisnął mocniej. Otworzył oczy. Zobaczył, jak gęstą strużką po bosych stopach ścieka krew. Bał się rozprostować palce. Panicznie przerażało go to, co zrobił. Uświadomił sobie, że właśnie zabił swoją wiarę, tę ostatnią iskierkę nadziei. Resztkami sił pomyślał, że ludzie są w błędzie mówiąc, że nadzieja ma kolor zielony. I pożałował, że tak łatwo się poddał. Krew kapała mu z dłoni, z oczu zaś ściekały łzy. Jego serce nie wytrzymało ostatecznego wzruszenia.

Dzień później, daleko stąd, zapadł wyrok. Miał zostać wypuszczony na wolność.

Strażnik, wszedłszy do celi, ujrzał jedynie zbryzgane krwią ciało 40- letniego mężczyzny. Uśmiechniętego mężczyzny. Ze zgniecionym szczurem w dłoni…

 

//Maj 2006 Radom